16 stycznia 2018

Czy w wynajętym mieszkaniu jesteśmy u siebie?

Mimo, że władze publiczne mają obowiązek zaspokoić potrzeby mieszkaniowe obywateli, czemu tak wiele osób nie może pozwolić sobie na własne lokum? Czemu w dalszym ciągu bezdomni nie mają swoich czterech ścian?

Opierając się na tekście Marka Krajewskiego „Normalnie - substandardowo”, aż 35% Polaków mieszka w złych lub bardzo złych warunkach. Mnóstwo rodzin wielodzietnych żyje w mieszkaniach typu pokój z kuchnią, gdzie na jedno pomieszczenie przypada trzy lub więcej osób. Wszystko to przez brak mieszkań społecznych, zły stan lokali komunalnych oraz niepewną sytuację zajmowanych mieszkań. Oznacza to, że sytuacja mieszkalnictwa w Polsce można określić jako kryzysową[1].

Wynajęcie lub kupno mieszkania na własną rękę nie jest takie proste, ponieważ nie każdy może sobie na to pozwolić. Powodem mogą być niskie zarobki, niestabilna praca lub brak ciągłości finansowej - stąd też wielu dorosłych w średnim wieku dalej mieszka z rodzicami.
W momencie, kiedy jednak decydujemy się na wynajem, aby się usamodzielnić, mieć większy komfort mieszkania, etc. musimy liczyć się z wieloma aspektami, a także zadać sobie pytanie - czy mimo wszystko jestem u siebie? Czy wynajem daje mi stabilizację mieszkaniową już do końca życia?

Dzierżawy lokum podejmują się ludzie o różnych statusach społecznych - są to studenci, rodziny, osoby samotne, pracujące, itd. Jedno jest pewne - każdy z nich oczekuje od wynajmu czegoś innego. Jedni szukają kawalerek, drudzy samodzielnych pokoi a trzeci sporych mieszkań w dobrym standardzie, co czasami wydłuża poszukiwania do wielu miesięcy. Mimo wszystko w większości przypadków natykamy na mieszkania, które miały już swoje pięć minut, a czas zadziałał na ich niekorzyść.

Przeglądając oferty na stronach internetowych możemy spotkać się z różnym typem ogłoszeń, jednak 3/4 z nich stanowi „magazyn” dla starych i niepotrzebnych rzeczy byłych wynajmujących (lub osób, które są właścicielami lokalu). Oglądając zdjęcia często widzimy przypadkowe nieużytki, które ewidentnie nie nadawały się do niczego poprzednim posiadaczom. Po co wyrzucać teoretycznie dobrą kanapę, skoro można nią umeblować mieszkanie tanim kosztem? W końcu jako właściciel, nie będę w nim chwilowo mieszkać. Meblościanki, stare dywany, ciężkie zasłony - przecież to wszystko jeszcze się przyda. Idealnym miejscem, gdzie możemy podziwiać zagospodarowanie rupieci czy niemodne wnętrze, jest fanpage na Facebook'u „Chujowe mieszkania do wynajęcia”. Mnie osobiście już chyba nic nie zdziwi w tej kwestii.

Oczywiście możemy podjąć się próby wprowadzenia zmian, w celu polepszenia komfortu mieszkania. To normalne, że chcemy czuć się przytulnie, a tego na pewno nie osiągniemy ze stojącym w kącie starym, zakurzonym fotelem. Problem może być jednak brak możliwości wprowadzenia zmian, ze względu na mały metraż, meble upchane do granic możliwości czy paskudne tapety, których zerwanie razem z remontem kosztowałoby nas dość sporo, a skoro to nie nasze mieszkanie, dlaczego mamy w nie inwestować? W takim przypadkach możemy kombinować w inny, dość powszechny obecnie sposób. Wypad do IKEI będzie w wprost idealny - w końcu nic tak nie polepsza samopoczucia i wygody jak kolorowa narzutka, stylowa lampka, ładny kubek, piękna pościel czy pachnące świeczki. Wszystko to oczywiście tanim kosztem - jednak te zakupy mogą zdziałać cuda.

Niektórym wyposażenie zupełnie nie przeszkadza - idealnym przykładem mogą być studenci, dla których liczy się tylko miejsce do spania i dach nad głową. Nie bez powodu niektóre mieszkania określamy jako „studenckie”, choćby ze względu na panujący w nich PRL, który niekoniecznie każdemu dobrze się kojarzy.

Będąc na wynajmie chcąc nie chcąc żyjemy cudzym życiem dzięki meblom, sprzętom AGD czy dziurami w ścianie, które zastaliśmy zanim nasza noga przekroczyła próg prezentowanej nam przestrzeni mieszkalnej. 

Zupełnie innym przypadkiem jest wynajem samego pokoju. Współlokatorzy są zazwyczaj przypadkowi, często nie szanują części wspólnych typu łazienka czy kuchnia, a także nie dbają o zachowanie ciszy i spokoju po godzinie 22. Oczywiście nie zawsze tak jednak, jednak decydując się na taką opcję musimy się z tym liczyć. Kolejną możliwością jest wynajem, gdzie za ścianą mamy właściciela mieszkania. Odkąd studiuję miałam styczność z dwoma takimi przypadkami i jedno jest pewne - nie polecam. Chyba nikt nie chce, aby właściciel patrzył mu na ręce podczas sprzątania czy innych czynności.

Podsumowując, wszystko zależy od lokatorów i właściciela, jednak życie „nie na swoim” zawsze pozostanie nie do końca komfortowe, ze względu na pewnego rodzaju brak stabilności w życiu. W każdej chwili posiadacz może zerwać umowę, a najemca - stracić pracę. Wszystko to skutkuje opuszczeniem mieszkania, co nie ma prawa się zdarzyć, gdy posiadamy swoje M3 na własność. Biorąc pod uwagę, że mieszkamy „u kogoś” nigdy przez to nie poczujemy się „jak u siebie”. Zbyt wiele rzeczy nam o tym przypomina.


To, jak mieszkamy, jest naszym wyborem, nagrodą za kompetencje, pracę i wynagrodzenie. Mimo, że fantazje o pięknych mieszkaniach często abstrahują od możliwości finansowych, zawsze można mieć marzenia i robić wszystko, by udało nam się żyć „na swoim”[2].

________________________________________________
[1]  M. Krajewski, Normalnie - substandardowo, s. 41-41.
[2]  Ibid., s. 55-56.

Czy w polskiej kulturze popularnej odnajdziemy przykłady postfeminizmu?


Jane Arthurs w książce Television and sexuality wspomina serial Sex and the city jako czołowy przykład serialu postfeministycznego. Dlaczego? Ponieważ zawiera wszystkie cechy charakterystyczne dla tego ruchu: teorie queer, lifestylową filozofię “Cosmopolitan”, a wszystko to połączone z naturalną kobiecością rodem z powieści Jane Austen i dojrzałym podejściem do potrzeb kobiet. W porównaniu do poprzednich fal feminizmu, postfeminizm jest bardziej indywidualistyczny, a nie misyjny. Skupia się na przyjemnościach, czy lifestylu. Przede wszystkim stawia na różnorodność i wolność wyboru. 


Sex and the city w naturalny, niepatetyczny sposób przedstawia dylematy współczesnych kobiet. Począwszy od przygód z mężczyznami, a w życiu bohaterek przewija się ich sporo - są wykształcone, niezależne finansowo i mogą przebierać w mężczyznach i odrzucać tych, którzy im nie pasują, aż po pytania dotyczące ich zawodowej ścieżki, przyjaźni, czy samego sensu egzystencji. Każda z nich głośno mówi również o swoich potrzebach seksualnych, wymieniają się spostrzeżeniami dotyczącymi partnerów w łóżku i nie jest to bynajmniej rzeczą dziwną ani odrażającą. Wspomniana wcześniej teoria queer, która zajmuje się głównie tożsamością seksualną, w serialu gra istotną rolę - dziewczyny podczas długich rozmów próbują dowiedzieć się kim są, jaka jest ich tożsamość seksualna, społeczna, czy też ekonomiczna. 

Arthurs przedstawia Sex and the city i inne podobne seriale następująco: The fragmentation of the television market has allowed a sexually explicit and critical feminist discourse into television comedy, albeit within the parameters of a consumer culture and the limitations this imposes. In my view, this is a welcome innovation in women’s representation on television in that it assumes and promotes women’s right to sexual pleasure and validates women’s friendship and culture[1].

A jak to jest z Polską? Niestety, nasz kraj pośród seriali postfeministycznych nie ma odpowiedniego przedstawiciela. Warto zaznaczyć, że od ponad dziesięciu lat na ekranach polskich telewizorów królują seriale “dla kobiet” z kobietami w roli głównej, ale to nie wystarcza. Nie ma w nich seksualnej wolności, otwartości na tematy, które powinny być ważne dla kobiet, a których nie brakuje w zachodnich serialach. Powodów jest mnóstwo, ale przede wszystkim trzeba podkreślić, że feminizm w Polsce wciąż nie wydostał się z drugiej fali - wałkowane są tematy o antykoncepcji, aborcji, ustawy dotyczącej związków partnerskich, czy nierówności płac. Oczywiście, przedostają się próby stworzenia czegoś na wzór zachodnich seriali postfeministycznych, ale rezultaty niestety są dość…mizerne. Na pewno wielokrotnie każdy z nas zastanawiał się oglądając je dlaczego postacie są tak sztuczne, wręcz pompatyczne, a kobiety wykreowane na “nowoczesne” tak idealne, że aż nieprawdopodobne. Otóż odpowiedź jest prosta: społeczeństwo, w którym funkcjonujemy jest tak konserwatywne, że producenci obawiają się agresywnej reakcji konsumentów. Postfeminizm więc w Polsce ma inną “rzeczywistość”.

Dobrym przykładem polskiego odpowiednika może być Magda M. Emitowany w latach 2005-2007 serial był jednym z pierwszych poruszających tematykę postfeminizmu. Główną bohaterka jest trzydziestoletnia Magda Miłowicz. Kobieta sukcesu - prawniczka kochająca swoją pracę, ma piękne mieszkanie, wspaniałych przyjaciół. Jednym z nich jest homoseksualista, Sebastian Lewicki, który jest jej największym wsparciem. Postać geja to nowość w polskiej telewizji, wprowadza on elementy praktycznie nieakceptowanego przez społeczeństwo queeru. To właśnie z nim i przyjaciółkami dzieli się problemami miłosnymi, rodem jak z Sex and the city. Widoczne jest też nawiązanie do Ally McBeal, jednego z pierwszych seriali postfeministycznych, gdzie praca łączy się z prywatnym życiem bohaterki, oczywiście obie te ścieżki idealnie ze sobą współgrają. 

Skoro na pierwszy rzut oka widzimy nawiązania zachodnich produkcji, dlaczego wciąż Magda M. tak od nich odbiega i nie pomaga im nawet stworzenie pozytywnej postaci przyjaciela geja? Bo seriale nadal nie potrafią przebić się przez polskie obyczaje i tradycyjne postrzeganie kobiecości. Oczywiście, Magda jest piękną, zadbaną i kobietą sukcesu, ale jednak jest daleko w tyle za wyzwoloną seksualnie Carrie z Sex and the city. Według Jane Arthurs kobiety w serialach postfeministycznych są nie tylko wyzwolone i posiadają możliwość własnego wyboru, ale również nie kierują nimi tradycyjne wartości, stają się świadomymi siebie i swojego ciała kobietami. Są wyzwolone nie tylko w sferze myśli, ale także w sferze działań seksualnych.[2] O ile w życiu zawodowym Magda się spełniała, o tyle w sferze miłosnej w żadnym stopniu nie przypominała kobiety wyzwolonej i nowoczesnej. Wciąż bała się zranienia, nie potrafiła zaufać swojemu mężczyźnie, co przypomina II falę feminizmu. Prowadzi to do panicznego strachu przed związkami i kierowania się konserwatywnymi zasadami zachowania. 


W Polsce lata dominacji tradycyjnego modelu rodziny z centralną pozycją kobiety, która przede wszystkim musi być matką zablokowały myślenie o kobiecie jako wyzwolonej jednostce. Na szczęście sytuacja wciąż zmienia się, więc mam szczerą nadzieję, że kiedyś dojdzie do polskich odpowiedników zachodnich seriali postfeministycznych.


__________________________________________
[1] J. Arthurs, Television and sexuality, s. 143.
[2] Tamże, s. 143.

14 stycznia 2018

W jaki sposób kultura popularna negocjuje wzorce męskości?



Kultura popularna wywiera istotny wpływ na kreowanie wzorców i wyznaczanie ról społecznych. Wraz z dokonującymi się przemianami społeczno – kulturowymi, owe wzorce również ulegają przekształceniu.  Wobec tego, w dzisiejszych czasach, przedefiniowywana jest między innymi tożsamość płciowa mężczyzny.  Tradycyjna męskość została podważona.  Zjawisko to nazywane jest kryzysem męskości. 
Na początku warto wskazać czym jest tradycyjny wzorzec mężczyzny. W takim ujęciu mężczyzna i kobieta są od siebie znacząco różni, a mężczyzna pełniąc role społeczne ojca czy męża,  posiada pewną władzę nad kobietą. Ponadto nieustannie udowadnia swoją męskość. Jest silny, pewny siebie, konsekwentny w dążeniu do celu, odważny.  Przykładem takiego wzorca mężczyzny w kulturze są bohaterowie filmowi np. Rambo, Terminator. 

Jako czynniki, które doprowadziły do zachwiania takiego wzoru męskości wymienia się: obie  wojny światowe, za sprawą których kobieta ze względu na brak mężczyzny w życiu codziennym musiała stać się bardziej samodzielna, zastąpienie na rynku kapitalistycznym pracy fizycznej wysiłkiem umysłowym i działaniami usługowymi,  wdrożenie nowych technologii, pozwalających kobietom pogodzić pracę zawodową z obowiązkami domowymi, liberalistyczne podejście do życia promujące wolność, równość oraz sprawiedliwość, odkrycie pigułek antykoncepcyjnych, pozwalających kobiecie na kontrolowanie własnej płodności[1].

Jednak w wyniku przeobrażeń współczesnego świata, w którym kobieta stała się z bardziej samodzielna,  wzorzec ten został podważony.  Andrzej Radomski w swojej pracy pt. „Kultura 2.0 a praktyki męskości” wymienia następujące cechy współczesnego  wzorca mężczyzny: nastawienie na konsumpcję, a nie na podbój świata, preferowanie etyki przyjemności zamiast etyki pracy, przewaga narcystycznej osobowości nad odpowiedzialną, rozwijanie kobiecej strony osobowości, a nie jej wypieranie, upiększanie własnego ciała, większe zainteresowanie domem i wychowaniem niż karierą i sukcesami[2].

Popkultura negocjuje oba wzorce męskości.  Nie da się ukryć, że mężczyźni wchodzą w jakimś stopniu w świat kobiecy. Zjawisko to można dostrzec w przekazach reklamowych.  Z jednej strony w reklamach skierowanych do mężczyzn występują osoby pełniące męskie w tradycyjnym tego słowa znaczeniu funkcje. Tacy, którzy osiągnęli sukces i uważani są za wzór dla innych mężczyzn i chłopców - na przykład sportowcy. Warto jednak zwrócić uwagę, że jednocześnie promują oni perfumy, kosmetyki przeznaczone dla panów, biżuterię i zegarki czy ubrania. Jest to dobry przykład potwierdzający między innymi fakt, że współczesny mężczyzna skupia się na swoim ciele i nastawiony jest na konsumpcję. Co więcej, w reklamach ukazywani są ojcowie opiekujący się dziećmi i dbający o dom, czyli pełniący funkcje dawniej przypisywane wyłącznie kobietom.

Kolejny przykład wskazuje Gauntlett w swojej pracy pt. „Media, gender and identity”.  Socjolog pisze o powstaniu prasy lifestylowej dla mężczyzn, która była kiedyś postrzegana jako produkt kobiecy.  Analizując zawartość różnych tytułów, Gauntlett  dochodzi do wniosku, że magazyny  doradzają mężczyznom w wielu aspektach, poruszają m.in. tematy: mody, pielęgnacji, uzależnień, kobiet, zdrowia, życia w rodzinie. Jednocześnie pojawiają się tematy związane z zagrożeniem, heroizmem. Wynika z tego, że mężczyźni chcą być atrakcyjni. Próbują dostosować się do tego, czego się dzisiaj od nich wymaga. Jednocześnie są w pewnym sensie zagubieni, zawstydzeni faktem, że szukają porad. W jakimś stopniu obawiają się zburzenia wizerunku „twardziela”.

Zatem kultura popularna nie rezygnuje ze wszystkich cech tradycyjnego wzorca męskości.  Uważam, że „męskość” jest jednak pojęciem względnym i złożonym, zwłaszcza w dzisiejszym świecie. Jedna osoba będzie czuła się męsko ćwicząc na siłowni, inna zarabiając dużo pieniędzy, jeszcze inna dbając o swoją rodzinę. Istnieje zatem mnóstwo czynników, które mogą wpływać na indywidualne poczucie męskości.  Najważniejsze, by z ogromnej ilości przekazów kultury potrafić wybrać to, co do danej osoby pasuje, odnaleźć w tym wszystkim siebie i  poczuć się pewnie, niekoniecznie podążając za ustalonymi wzorcami.




[1] Siewicz K., Wpływ przekazu medialnego na współczesny wzorzec męskości a implikacje dla edukacji, w: Kultura – Media – Teologia,  s.9.
[2] Radomski A., Kultura 2.0 a praktyki męskości, s.12. 

Czy jesteśmy zmuszani do wyboru?



Można śmiało twierdzić, że wybór to świadome zachowanie, na które mamy realny wpływ i nic nie może nam tego zakłócić. Dlaczego więc „wybór” został zestawiony z totalnym dla niego oksymoronem jakim jest „zmuszanie”?

Czy „Tyrania wyboru” Renaty Salecl jest kolejnym poradnikiem, który mówi nam jak mamy żyć? Czy może jest to forma głębokiej krytyki – skierowana do współczesnych konsumentów, którzy zastanawiają się nad wyborem pieczywa jaki mają kupić w supermarkecie?

Stajemy przed obliczem bezlitosnej diagnozy współczesnego społeczeństwa, dla którego życie jest swoistym spacerem między półkami z pieczywem, a działem warzywa i owoce w hali wielkiego dyskontu. Wtedy też zostajemy postawieni przed „wolnym” wyborem – co kupić? Czy wtedy nie jesteśmy zmuszani do wyboru między tym co oferuje nam Auchan, Carrefour, Kaufland czy Biedronka? Czy mamy realny wybór? 

Czy może zostaliśmy przypisani do hipermarketów względem statusu społecznego? Popularne stały się stwierdzenia, że „student idzie do Biedry”, „zarobiony do Almy” – (która notabene upadła)?

Jak mantra powtarzane jest - jesteśmy kowalami własnego losu! Mamy możliwość decydować o wszystkim: kim będziemy, jaką karierę wybierzemy, co kupimy w sklepie, co podarujemy bliskiej osobie. Można porównać nasze życie do gigantycznego supermarketu, w którym dokonujemy wyborów, tylko czy zawsze dokonujemy ich swobodnie i czy zawsze są to właściwe decyzje?

Ideologia wyboru, jest tylko na pozór wyzwalająca. Renata Salecl piszę, że wybór „prowadzi do lęku, poczucia winy, depresji i poczucia niedopasowania do społeczeństwa”. Autorka dochodzi do takiego wniosku opierając się na koncepcjach psychoanalitycznych, głównie pochodzących od Jaques´a Lacana. Drugim, ważnym aspektem staje się społeczny nacisk na to, by każdy wybór był racjonalny. Człowiek nie ma jednak kryteriów oceny poszczególnych możliwości, często brak mu również odpowiednich kwalifikacji intelektualnych. W rezultacie wybór staje się pośpieszny, losowy, niedbały i przede wszystkim zdominowany przez poczucie braku kwalifikacji, które utwierdza jednostkę w przekonaniu, że dokonaliśmy wyboru nieracjonalnego oraz błędnego i dzięki temu naraziliśmy się na śmieszność.

Zatem jesteśmy niezdolni, aby przyznać się do tego, że nie umiemy wybierać. W każdym z nas rozgrywa się walka o świadomym braku umiejętności przystosowania się do świata i obciążamy tym faktem siebie, a nie np. system społeczny, który wywiera na nas świadomą/nieświadomą presję. Przecież wystarczyło dobrze wybrać - jak pisze autorka „powiększenie możliwości miało zwiększyć radość i wygodę życia”. Czy zatem wybraliśmy dobrze?

W „Tyrani wyboru” czytamy, że „ludzie decydowali się poświęcić podstawowe potrzeby życiowe na rzecz realizowania niezniszczalnych fantazji”. Zatem nieśmiertelny kult sławy staje się tym, co nazywamy indywidualnym wyborem, który tak naprawdę zależny jest od percepcji i wypływy innych. Przykładem mogą być gwiazdy polskiego show biznesu, które  pokazują na portalach społecznościowych – co powinniśmy wybrać – podsyłając linki do sklepów, w których "warto" się ubierać, gdzie jadać, co robić w wolnym czasie. My w pogoni za byciem trendy, cool wybieramy to, co rzekomo „jest najlepsze”. Jednakowoż to nie jest nasz wybór – tylko  sugestia, której źródło znajdziemy u naszych ulubieńców na Instagram’ie, Facebook’u czy Snapchat’ie. Podążamy za tym co niedostępne, za tym co ktoś już wybrał z przekonaniem, że to sprawdzony i pewny wybór – niestety nie jest to nasz wybór, bo zwyczajnie przeceniamy własną zdolność do podejmowania racjonalnych decyzji, które nie są niczym zdeterminowane. 

W tym momencie, wybór przestaje być kwestią nastroju - staje się reżimem – wymuszonym wyborem -  skomplikowanych rutyn i procedur towarzyskich. Zaczynają się pojawiać pytania, co wypada, a co nie. Z kim być z kim nie. Seks przypadkowo i bez zobowiązań, czy stały partner? I trzeba zadać sobie pytanie, czy każda z podejmowanych decyzji jest w naszym interesie, czy jednak  w interesie rynku i jego aktorów, którzy ustalają nie tylko „warunki kupna i sprzedaży”, ale determinują ile i w jakim zakresie musimy kupić, żeby wciąż móc czuć się dobrze.

Autorka porusza nasze sumienia i wywołuje w nas niepokój, gdyż czujemy się zdemaskowani prawdą jaką nam przedstawia. Nie jesteśmy gotowi spojrzeć prawdzie głęboko w oczy i zrezygnować z części nadmiaru, którego przesyt jak widać nas unieszczęśliwia. Salecl dość krytycznie ocenia pewną hipokryzję ukrytą w takich zamiarach i w przykładach osób, których determinacja zawiodła do eksperymentów i prób życia za minimum, za darmo, bez wydawania pieniędzy, czy tylko dzięki wymianie towarów. To co jawi się jako najgorsze to przekonanie, że ideologia wyboru blokuje możliwości społecznej zmiany, i czyni nas politycznie pasywnymi.  Oczywiście autorka wskazuje, że kapitalizm gloryfikuje możliwość wyboru, ale jest to tylko wybór konsumeryzmu i wybór dla bogatych.

Czytając „Tyranię wyboru”, stajemy przed trochę nieuporządkowany, ale jednak bardzo interesującym opisem tego, jak ludzie poprzez gloryfikację wyboru - odbierają sobie szczęście. „Dokonując wyboru odrzucamy możliwość rezygnacji z niego oraz zniszczenia naszej zdolności wybierania. Jeśli jednak wciąż żyjemy, nasze cierpienie staje się naszym wyborem. Psychoanaliza podchodzi do indywidualnej odpowiedzialności za ten wybór w sposób specyficzny. Daleko mu do racjonalnego wyboru”. Te słowa autorki doprowadzają nas do refleksji, która pozwala nam zrozumieć najnowsze zjawiska społeczne, stanowiące niekończące się źródło wzorów i inspiracji do tego jak żyć, jak wyglądać i jak się zachowywać. Rozważania, którym się przyglądam to trafne podsumowanie uwalniające mnie i innych czytelników od poczucia odrębności.

Podsumowaniem tej notatki będą słowa piosenki MOKS ft. James Arthur – Otherwise:
„Cause you chose otherwise
You took an other turn
Oh, you chose otherwise
and now you'll have to feel the burn”.


__________________________________________
Tyrania wyboru – Renata Salecl
Sztuka Wyboru – Business Development Manager Comarch – Ł. Żur  - https://www.comarch.pl/erp/nowoczesne-zarzadzanie/numery-archiwalne/sztuka-wyboru/
Zmiany w życiu – Magazyn szczęśliwych ludzi – Urok czy tyrania wyboru? Strategie podejmowania decyzji - http://zmianywzyciu.pl/artykul/urok-czy-tyrania-wyboru-strategie-podejmowania-decyzji-632